Początek października

Wśród liści, słońca i wiatru. Z białym winem i cukierkami. Minął trudny wrzesień, po cichu i delikatnie przeszedł w kojący październik. Reklamy

Sanok i Beksiński

Upalny Sanok. Wdrapywanie się na rynek i najgorsze lody tego lata. Galeria Beksińskiego. Tu czuć już przednóżek gór. Czuć te wzniesienia, ból nóg i ciszę. Uśpiony, sierpniowy Sanok. Na środek rynku ktoś wyciągnął wąż z wodą i pisk dzieci ożywił senną przestrzeń.

Pewnego razu w Przemyślu

Coś ciągnęło mnie do Przemyśla. Może Stasiuk z Dukli, krakowskie uliczki, albo lody z Fiore. Przemyśl pagórkowaty, stromy i upalny. Małomiasteczkowe sklepy, zamek, Pałac Lubomirskich, do którego lecieliśmy jak szaleni — po nic.

Badminton, lody gałkowe i łańcucki żar

Piękny Łańcut. Dziesięć dni z papugami, lodami gałkowymi, którym nie mogłam się oprzeć, zamko-pałacem Lubomirskich, grami planszowymi i badmintonem na podjeździe do garażu. A nadto wszystko ten żar. Upał nie do zniesienia. Najgorszy w pokoju D., pełnym płyt i książek. Philip K. Dick czytany przy wiatraku. Powozownia. W storczykarni twarze i stopy zraszane wodą. Potrójne…

W pokoju z widokiem na las

Upalne Podkarpacie. Rano przy otwartym oknie czytam Duklę, potem oglądamy żyrandole w Zamku Lubomirskich i Potockich, w domu jemy pierogi z kapustą. Pierwsze od dawna prawdziwe lato. Lody gałkowe, włączony wiatrak i sandały. Mieszkam w jednym domu z papugami  i czuję, że jestem na wakacjach.  

Owocowo-przeprowadzkowy sezon

Kwaśno. Wycieram usta po koktajlu z czarnych porzeczek i malin. Przebieram agrest. Jeden z ostatnich razy biegam po mieszkaniu boso. Wśród szpargałów, plastiku i szkła. Mniej. Potrzebuję mieć mniej rzeczy. Ale tym razem to się nie uda. Trzeba wszystko spakować i nieść ze sobą na drugi koniec miasta. A potem ruszyć na Podkarpacie. Owocowy lipiec….

Jeżynowy wieczór

Palce oblepione fioletowym ciastem, ricotta i mrok. Niestety nie zawsze wszystko wychodzi, ale nie zamienię tego jeżynowego uczucia na wyrośnięte ciastka. Nie warto.